niedziela, 18 listopada 2007

Smutek błazna...

Ostatnio jestem w dziwnym nastroju. Niektórzy nazywają taki stan melancholijnym albo pytają: "Dlaczego jesteś smutny?" Ja sam nie wiem jak go nazwać, ale myślę że w słowie melancholijny jest jednak trochę smutku, więc dylemat znika...

Pozostaje pytanie dlaczego jestem w takim stanie. I znowu, ktoś powie: "Masz jesienną depresję." Depresja też nie jest złym słowem na określenie co się ze mną dzieje. Na porę roku bym nie zrzucał całej winy, ale chyba prawdą jest, że jesień działa trochę przygnębiająco. Chociaż trochę... W końcu u innych też da się zauważyć objawy depresji, tylko trzeba nauczyć się patrzeć. A przede wszystkim trzeba nauczyć się ukrywać przed wzrokiem innych to, czego zobaczyć nie powinni...

Wracając do pytania... Ostatnio zaczynają do mnie wracać rzeczy, o których chciałem już nigdy nie myśleć. Jakby tego było mało, przybierają na sile. Postanowiłem z tym walczyć i zerwałem kontakty towarzyskie. Nie bawię się, chociaż piję. Nie wróciłem do domu na weekend. I to był cholerny błąd, bo będąc samemu jest jeszcze trudniej.

Niedawno obejrzałem film pt. Star Dust. Poprawił mi humor. Dziś udałem się na długi spacer, który prawie doprowadził do wybuchu rozpaczy. Kiedy wróciłem do akademika pomyślałem, że obejrzę w spokoju film. Baśń. Tego mi było trzeba. Czegoś z happy end'em. Czegoś dla dzieci: prostego, pięknego i niewinnego... Kolejny, pierdolony błąd.

Bridge to Terabithia. Pomyślałem sobie: "Pewnie miej ambitny niż Star Dust". Znowu pomyłka... Film bardzo dobry. Nawet za bardzo... Wstrząsnął mną bardziej niż Virgin Suicides. No, może przesadzam, ale sprawił, że poczułem sie bardzo samotny. A także coś więcej... Poczułem dookoła siebie woń śmierci.

Ten smród był okropny. A właściwie jest. Jak zapach rozkładających się wspomnień i pustki. Pustki starej kamienicy albo samotnego domu gdzieś daleko na wsi, wśród pól... Jak brak tego ciepłego cienia, którego oddech czujesz na szyi. A ten oddech szepce do ciebie i sprawia, że chce się żyć choćby życie było najgorszym gównem.

To moi przyjaciele sprawiają, że jeszcze potrafię się szczerze uśmiechnąć. I to dla nich założyłem tę maskę błazna, pod którą tak naprawdę kryje się trochę smutny i samotny człowiek. A do tego trochę za stary jak na swój wiek. To dla nich często gram tę rolę. Po to, żeby zobaczyć u nich uśmiech. To właśnie dziś, ponownie zdałem sobie sprawę, że kiedyś ten uśmiech nigdy się nie pojawi. A ja, choćbym się starał z całych sił, już go nie przywrócę.

Nie boję się śmierci. Nie szukam jej, ani też nie unikam. Miałem sytuacje, kiedy patrzyłem z nadzieją w reflektory nadjeżdżającego samochodu. Kiedy bezwładnie zanurzałem się w lodowatej wodzie... Czasami byłem obojętny - po prostu stałem i gapiłem się, czekałem. Zapewniam, nie boję się śmierci. Przynajmniej nie mojej...

W filmie, który dziś obejrzałem pokazano wiele rzeczy. Zszokowało mnie, że najbardziej sympatyczna postać (rola drugoplanowa), zginęła. Ktoś stracił przyjaciela... Do końca filmu nie mogłem w to uwierzyć, myślałem, że to zabieg twórców (a znam się na tym). W końcu to film dla dzieci. A przyjaciół się nie uśmierca. Z przyjaciółmi jest się do końca. To oni płaczą nad twoim grobem, nie odwrotnie. Myślałem, że będzie happy end! ...i był. Ale nikt nie ożył. A ja pomyślałem:
Kim jest błazen bez swojej publiczności?
...i poczułem jak coś sunie po moim policzku. Coś słonego dotknęło moich ust...

Brak komentarzy: